Z dzienniczka podróży Transsibem – pogawędka z tajniakiem

– Cześć, można się przysiąść? – zapytałam.
Jeden z dwóch młodych chłopaków siedzących za stolikiem przy oknie, do którego podeszłam, kiwnął głową przytakująco, przeżuwając ostatni kawałek jajecznicy. Przełknąwszy ją, dodał niskim, obojętnym, poważnym głosem – да, конечно – tak, oczywiście. 

Dosiadłam się. W wagonie restauracyjnym, nie licząc nas i jednej pani sprzedawczyni, nie było nikogo. Usiadłam przy stoliku na przeciwległym do moich towarzyszy siedzisku i zaczęłam słodzić zakupioną przed chwilą herbatę. Chłopcy wpatrywali się w swoje talerze, zatem zaczęłam – z braku laku – przyglądać się jak cukier błyskawicznie rozpuszcza się we wrzątku, zapewne z samowara. W pamięć zapadł mi metalowy koszyczek z uchwytem, w którym ta szklanka się znajdowała. Odlany sierp i młot, kłosy, jakaś data i inne drobne detale.

Przez dłuższą chwile nikt do nikogo się nie odzywał. Pociąg jechał miarowym tempem. Jednostajny stukot uderzeń o łączenia szyn, jaki można doświadczyć jeżdżąc pociągami w krajach byłego ZSRR, wprowadzał mnie w letarg. W połączeniu w palącym, porannym słońcem, wydzierającym się bezlitośnie przez niezasłonięte okna, odzierał z sił do rozmowy, a z drugiej strony odbierał chęci ruszenia się zza stolika gdziekolwiek. Z resztą – nie za bardzo było dokąd iść, bo za wagonem restauracyjnym, nie było już nic. A i w moim wagonie trzeciej klasy nic się akurat ciekawego nie działo, bo wszyscy leżeli bezwładnie, licząc, że bezruch da im ukojenie w tym potwornym upale. Sprawę pogarszał fakt, że tylko co drugie okno w moim bezprzedziałowym, bodajże kilkudziesięcioosobowym wagonie się uchylało, i to tylko na dwucentymetrową szparę. W sumie, nie zdziwiło mnie to. Zamknięte okna w tej części świata to jakiś niepisany standard. Zawsze mnie to zastanawiało, ze na wschód od Polski, w komunikacji zbiorowej wszelkiego typu, nigdy nie otwiera się okien. Kiedyś usłyszałam od jednej współpasażerki, że jej „wieje”, choć w marszrutce napakowanej ludźmi, którą wówczas jechałam do Lwowa, było ze 40 stopni Celsjusza i groził nam tam co najmniej udar cieplny. 

Siedzieliśmy dalej w milczeniu. Chłopcy byli ewidentnie niebyt rozmowni. Chyba nie do końca im pasuje im moje towarzystwo – pomyślałam.

Za oknem migały nieustannie drzewa bezkresnych lasów, które ciągnęły się już chyba drugą dobę, niemal od momentu jak opuściliśmy Ułan Ude i pociąg ruszył w stronę Chabarowska.

Siedzieliśmy, lekko kołysani przez jadący pociąg, każdy zatopiony w swoich myślach. Czułam, jak poranny syberyjski upał mnie stopniowo dobija. Popijana herbata, jak gwóźdź do trumny, rozgrzewała przełyk i tylko wzmagała pocenie. Ale przecież w Rosji pije się herbatę nawet w upale, co ma niby dać ulgę, najwyraźniej to ja nie potrafię docenić dobrodziejstw gorącej herbaty, w tej zamkniętej, dusznej puszce, jakim był nasz pociąg. Czułam jak powieki powoli mi się zamykają i że będę niedługo zapadać w błogi sen. Przed powiekami pojawiały się już pierwsze senne obrazy. W tym milczeniu, stukocie szyn, duchocie, palącym słońcu i tej upiornej temperaturze, dobrze ponad 30 stopni, byłam o krok by całkiem zasnąć przy stole. 

Nagle jeden z moich towarzyszy wyrwał mnie z letargu – rzekł zdecydowanym, acz jakby obojętnym tonem:
– A wy na śniadanie pijecie tylko herbatę? Trzeba z rana coś zjeść, by mieć siły na cały dzień. Powiedział to posyłając do mnie karcące spojrzenie, jakby chciał nieproszonego gościa zdyscyplinować.
To był ten, który pozwoli mi się dosiąść. Miał jasne, króciutko ścięte włosy i niebieskie oczy, osadzone w smukłej twarzy. Mimo, że był środek syberyjskiego lata, miał bardzo bladą skórę.  Po posturze było widać, ze jest wysportowany.

– Jestem już po śniadaniu, jadłam pirażki. Kupiłam je od babuszek na peronie jeszcze w Czicie, zatem musiałam je zjeść by się nie zepsuły. 

– Yhmmm…dobrze po rosyjsku mówicie. Skąd jesteście? (wtedy jeszcze mówił mi na Wy, co jest w Rosji odpowiednikiem mówienia per Pani”). 

– Z Polski – odpowiedziałam. Drugi z chłopaków ożywił się i spojrzał na mnie, pierwszy chyba raz odkąd się dosiadłam.

– Aaaaa…. z Polski… (chwila ciszy)…Polacy są przeciwko Rosjanom. Nie lubicie nas – rzekł surowym tonem z lekkim wyrzutem.

– Naprawdę? Skąd takie mniemanie o Polakach?- zapytałam, niby obojętnym tonem, biorąc kolejny łyk herbaty, by ukryć lekkie zdenerwowanie kierunkiem, w który idzie ta rozmowa.

– Mam znajomych, co byli w Polsce jakiś czas tak mi powiedzieli.

– Serio? – zapytałam unosząc brwi w geście zademonstrowania zdziwienia. – Ja osobiście nie znam nikogo, co by Rosjan nie lubił. Może trzeba mniej rosyjskiej telewizji oglądać? Wiem, że nasi politycy niezbyt darzą się sympatia, ale zwyczajni ludzie nic do was nie mają – dodałam i wzięłam kolejny łyk herbaty, coraz bardziej poddenerwowana, bo czułam, że mogą być z tego jakieś problemy, których nie szukałam, będąc ponad 10 tysięcy kilometrów od domu. 

Znieruchomiał i wpatrywał się w moje oczy badawczym wzrokiem. Myślał, że sprowokuje mnie do jakiejś pyskówki, a tu nagle taki nokaut. Prawdę powiedział ktoś kiedyś, że wrogą postawę bardzo łatwo pokonać zwykłą życzliwością. Agresorowi wytraca się argumenty w sekundę.

– Naprawdę? a to nie wiedziałem, interesujące…

Zapadła chwila milczenia. Z niby obojętnym ale lekko triumfalnym uśmiechem na twarzy popijałam herbatkę w moim sowieckim, metalowym koszyczku. Poczułam ulgę ze napięcie się rozładowało i może nie oberwie mi się za polskich polityków. Gdyby nie to, ze była 9 rano, a poza tym było już tak mega gorąco, to najchętniej wychyliłabym coś mocniejszego na rozluźnienie. 

Wtedy chyba pękły pierwsze lody.

– Jak nazywasz? – zapytał, przechodząc końcu na „ty”.

– Katya. – odparłam, zastanawiając się chwile czy przedstawić się w polskiej czy rosyjskiej wersji mojego imienia. 

– Grisza – w odpowiedzi przedstawił się. Po czym zamilkliśmy i każdy patrzył się w  to co miał przed sobą na stoliku.
Brunet dalej milczał patrząc się w okno. Lasy dalej uciekały wzdłuż naszego pociągu. A słońce przedzierające się przez drzewa oświecały jego obojętna twarz, rozjaśniając brąz jego oczu. Wydawało się, ze syberyjski upal nie robił na nich żadnego wrażenia. 

– A co taka ładna dziewczyna robi w takim miejscu Rosji, tak daleko od Polski? – po chwili zapytał Grisza.

– Podróżuję – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą. – Od prawie miesiąca zwiedzam Rosję wzdłuż trasy Kolei Transsyberyjskiej.

– ooo, naprawdę, a gdzie dotychczas byłaś? – zaczął dopytywać zaciekawiony.

– wysiadam na kilka dni w każdym większym mieście, by je trochę poznać, a potem wsiadam w pociąg i jadę dalej. Podróż zaczęłam w Warszawie. Zatrzymywałam się min w Brześciu, Moskwie, Kazaniu, Krasnojarsku, Jekaterinburgu, Irkucku, byłam w Wierszynie, na wyspie Olchon, w Sljudance, Ułan Ude i kilka innych miejscach. 

ooooo молодец !!! Zuch dziewczyna – skomentował z entuzjazmem.
Chyba mu zaimponowałam. Tak jak każdemu innemu napotkanemu Rosjaninowi, któremu mówiłam o mojej wyprawie, dzięki której widziałam więcej miejsc w Rosji niż 99 procent Rosjan.

Wtedy rozmowa znowu zaczęła iść w dziwnym kierunku. Grisza zapytał:
– fajnie, fajnie…Kawał Rosji zjechałaś..Pytanie tylko, czy faktycznie tylko podróżujesz… czy tez może innego Cię tu sprowadza…- zapytał tonem, jakby właśnie udało się mu mnie rozszyfrować.

Popatrzyłam na niego badawczo. Byłam niezadowolona, ze mój towarzysz po raz kolejny próbuje sprowadzić mnie do defensywy.
– a co by mogło takiego, bo nie rozumiem? Zapytam, teraz już lekko nieprzyjemnym tonem, demonstrującym zniecierpliwienie jego zabawą w prokuratora. Ewidentnie nie spodobało mi się jego pytanie. Człowiek jest na wakacjach a tu ktoś jakieś dochodzenia prowadzi, jakby to było dziwne, ze jedzie się do Rosji na wakacje. 

Nu vot…na przykład…może jesteś szpiegiem? – odparł podkreślając ostatnie wypowiedziane słowo, wypowiadając je powoli. Przyglądał mi się uważnie

– Hahaha – parsknęłam śmiechem. Zawsze tak reaguje gdy usłyszę bzdurę, która jest tak surrealistyczna i niedorzeczna ze nie mam pomysłu jak inaczej ją skomentować. – Oczywiście, ze jestem szpiegiem – odparłam teraz pewnym tonem, lekko wojowniczo. Wkurzył mnie już, teraz ja chciałam go zepchnąć do defensywy. 

– to jak… czyli jesteś szpiegiem?? – ciągnął lekko zdezorientowany, ewidentnie nie spodziewając się takiej bezceremonialnej odpowiedzi, jak pięścią między oczy.

– no jasne, że jestem szpiegiem, przecież mówię. – odparłam.(cisza) – Ale na poważnie. No chyba jakbym była szpiegiem to raczej bym się do tego nie przyznała, nie sądzisz? – zapytałam, dość wyniosłym tonem, chcąc mu pokazać, ze nie zapędzi mnie w przysłowiowy kozi róg.

– No tak , w sumie racja – odpowiedział po chwili namysłu, najwyraźniej uznając swoją porażkę w tropieniu szpiegów przeciwko Matce Rosji. 

Brunet siedział lekko zdezorientowany, dalej nic się odzywał, jedynie przysłuchiwał tej wymianie zdań. Zauważyłam jednak u niego małą zmianę – pojawił się u niego na twarzy lekki uśmiech, chyba spodobała się mu moja riposta.
– a czym się zajmujesz? – zaczął dopytywać Grisza po chwili obopólnego milczenia.

– Praca w podatkach, takie tam..Nic ciekawego. a Ty?

– Tajemnica służbowa! – odparł żołnierskim tonem, niemal bez zastanowienia, jak z serii Kalasznikowa.

Zaskoczył mnie swoją odpowiedzią. Bo skoro najpierw się mnie sam pyta, gdzie pracuję, to chyba naturalne że w odpowiedzi zapytam o jego pracę. Jak to taka wielka tajemnica gdzie pracuje, to nie powinien był tematu pracy poruszać.Chyba chciał zrobić na mnie wrażenie z jaka to ja szychą-tajniakiem nie siedzę. Albo odegrać się za tamta potyczkę o szpiegach.

– Aha….To nie dopytuję – ukróciłam niewygodny temat. Wzięłam kolejny łyk herbaty, patrząc się lekko wkurzona przez okno. Miałam już dość tego bufona.

I tak sobie znów chwilę w ciszy siedzieliśmy. Niezręczną ciszę postanowił wnet przerwać nieoczekiwanie brunet.

– Chcesz? – zapytał, częstując mnie cukierkami w kształcie dropsów. 

– Pewnie! Odpowiedziałam z entuzjazmem. – w końcu w tym towarzystwie zaczął normalnie się do mnie odnosić, a nie tylko przesłuchanka prokuratorskie.

Blondyn spojrzał na mnie z dezaprobatą i w milczeniu przyglądał się jak wyjmuję cukierka z opakowania.

– A gdyby to był narkotyk, co? Nie boisz się? – zapytał Grisza pouczającym tonem, jak matka swoje małe dziecko.

– Nie, nie boję. A czemu miałabym się bać? – odpowiedziałam.

– Bo bierzesz pastylki od obcych ludzi? A Skąd wiesz ze to na przykład nie jest narkotyk?

– Bo wiem – odparłam, żując ostentacyjnie pastylkę i patrząc mu zawadiacko w oczy.

Już naprawdę miałam go dość, więc po chwili postanowiłam wracać do swojego wagonu.

– Dobra, na mnie już pora, wracam na swoje miejsce – powiedziałam na nich nie patrząc, dopijając ostatni łyk herbaty wstając z siedziska.- do później! – odeszłam. 

Wróciłam na swoją leżankę. Współpasażerowie w liczbie kilkudziesięciu, w milczeniu próbowali przetrwać upał i brak klimatyzacji. Dwie osoby grały w karty, ktoś tam grzebał w telefonie, większość gapiła się w okno i ten nieustannie uciekający las.

Usiadłam przy swoim stoliczku. Po jakimś czasie moim oczom ukazali się moi towarzysze z wagonu restauracyjnego. Usiedli dwie leżanki dalej, czyli niedaleko mnie, dziwne, ze wcześniej ich nie zauważyłam. 

Grisza chyba miał wyrzuty sumienia, że tak mało przyjaźnie się do mnie odnosił. A ponieważ Rosjanie uważają się za bardzo życzliwych ludzi, zapewne poczuwał się do jakiegoś zadośćuczynienia. Usiadł na rogu swojej leżanki, bokiem do mnie, a jego towarzysz po drugiej stronie leżanki. Był jakieś 1,5 metra ode mnie. Wtedy mnie zapytał:

– Masz konto w vkontakte? 

– mam, a co? – odpowiedziałam lekko zdziwiona tym pytaniem.

– Powiedz jak się nazywasz na portalu, chce cię znaleźć.

Znowu zaczyna się – pomyślałam. Teraz pan prokurator czy kim on tam jest, zacznie mnie inwigilować na portalach społecznościowych. Ale podam mu, co tam.

Po chwili dostałam na komórce powiadomienie, ze jakiś Grigorij zaprasza mnie do znajomych. Wchodzę, patrzę… a tu zaproszenie od Griszy we własnej osobie! Akceptuje je. Klikam na zdjęcia, a tam dużo prywatnych fotek, w tym zdjęcie, na którym jest Grisza z kolegami, w pełnym umundurowaniu… jak ktoś się zna na mundurach to pewnie by wiedział co to za formacja ale ja nie miałam pojęcia, ale wolałam go nie dopytywać. 

Odłożyłam telefon. Po chwili, mój kolega, z którym jechałam, wyciągnął torebkę z krówkami i chciał poczęstować Grisze. Mając w pamięci to, co działo się w wagonie restauracyjnym, wiedziałam, ze odmówi, ale nic się nie odzywałam.Tymczasem Grisza, uśmiechając się do mnie, podziękował i wziął jedna krówkę z torebki. I zjadł ją!… 

***

Impulsem do spisania tego wspomnienia było zdjęcie Griszy*, które zobaczyłam dziś na portalu vkontake. Chyba formację zmienił, bo pojawiły się zdjęcia w jakiś innych mundurach. Ale wolę do niego nie pisać i nie pytać, bo znowu mi się oberwie, że może szpieguję 😉 Jak ktoś wie, co to za formacja, to prośba o info w komentarzu!

Kolej Transsyberyjska
Zdjęcie Griszy i jego kolegi

*Imię zostało zmienione

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 komentarze “Z dzienniczka podróży Transsibem – pogawędka z tajniakiem”